Kształtowanie Mii… brzmi obiecująco

Puszczę wodze fantazji… lub, jak kto woli – spuszczę wenę ze smyczy 😉

Nie polecam tego wpisu, jeśli nie gustujesz w długich, być może chaotycznych przemyśleniach.

Ostrzegam. To nie jest wpis dla każdego.

 

Jeszcze tu jesteś? Ok, Twój wybór.

 

Co ukształtowało Mię. Panie P! ależ Pan dał mi zadanie do ogarnięcia! (***odsyłam do komentarza z poprzedniego wpisu, by nie było, że ten post to mój pomysł***)

Trudno powiedzieć. W sumie długo nad tym myślałam i nie mogę wskazać ani konkretnego filmu, ani konkretnej muzyki, które zrobiłby na mnie WOW. Z książką pójdzie łatwiej. Albo raczej z pierwszym poważnym autorem, którego wszystkie dostępne w szkolnej bibliotece książki, dosłownie połykałam (miałam wtedy 10 lat – bez skojarzeń mi tutaj!!).

Jack London „Zew krwi” to była pierwsza książka, którą pokochałam. Aż do ok 10 roku życia byłam nie-czy-ta-ta. Nie-na-wi-dzi-łam czytać. Dosłownie. Akceptowałam komiksy (byle nie „Kajko i Kokosz” oraz „Tytus Romek i Atomek”). Z komiksów najbardziej Thorgal. Byłam totalnie IN LOVE w Thorgalu – zresztą ta miłość nie minęła do dziś. Kto czytał/oglądał – ten powinien się domyślać dlaczego. Pomijając głównego bohatera, myślę, że Aarica jest dla mnie również ważną postacią (szczególnie w moim obecnym stanie.. wspominając o tym – nawiązuję do tomu „Wilczyca”). Uwielbiam kreskę, rysunki Rosińskiego. Ok.. może za dużo powiedziane.. po prostu uwielbiam Thorgala 😉 I jeszcze Szninkiel. Za mała byłam, by wszystko ogarnąć, ale pamiętam, ze niektóre rysunki zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Przypuszczam, że dlatego do dziś lubię zajrzeć na YouPorn, Xvideoski czy innego PornHuba w poszukiwaniu BBC interracial (czy to można uznać za „kształtowanie”?)

Wróćmy jednak do Londona. Najpierw był „Zew krwi” potem „Biały kieł”, później pojawił się zbiór opowiadań „Odyseja Północy” (tu wyczerpały się książki Londona w szkolnej bibliotece – pochodzę ze wsi, to mała szkoła i mała biblioteka była). Następnie „Tomek” Szklarskiego w najróżniejszym wydaniu 😉 Rodzice z wielkim zapałem kupowali mi każdy pojawiający się nowy tom – wreszcie ich córka czytała! Czytałam sama, z własnej, nieprzymuszonej woli. Chciał-nie chciał – owa nieprzymuszona wola rozwinęła się dość szybko w niemalże uzależnienie. Rok później doszłam do etapu książka na tydzień, później książka co 2-3 dni. Gdy – mając już naście lat, początek szkoły średniej – trafiłam na „Spóźnionych kochanków” – przepadłam z kretesem. Nie chodzi o to, ze zakochałam się w Whartonie, bowiem np. osławiony „Ptasiek” czy „Tato” mnie nie porwały. Po prostu zaczęłam czytać 1 książkę na dzień. Niestety – na czytanie trzeba znaleźć czas… znalazłam go – wagarując 😉 W drugiej klasie LO poszłam sobie na long-term wagary, zaczęły się w październiku (pod koniec, żeby nie było) a skończyły w kwietniu (dokładnie 22 kwietnia, pamiętam, bo 21 kwietnia wróciłam z wycieczki szkolnej do Francji – nie pytajcie, jak to się stało, że będąc na półrocznych wagarach, udało mi się wyjechać na szkolną wycieczkę – to nie temat na bloga 😛 Złym dzieckiem byłam. I krnąbrnym). Po powrocie do szkoły książki musiały iść w odstawkę, trzeba było nadrobić zaległy materiał. Moją zmorą była fizyka i matma. I tak, jak na fizykę miałam patent (fizyki uczył nas lubujący się w krągłościach Pan w podeszłym wieku), tak z matmą nie było tak łatwo. Ale dałam radę: średnia 4.0 na koniec roku została osiągnięta (to był taki mój prywatny cel, by udowodnić wszystkim wokół, że się da, że można! Nawet jeśli przez 6 miesięcy się nie chodziło do szkoły)

Przypominając sobie szkolne czasy, przyszedł mi do głowy film, który wtedy widziałam po raz pierwszy „Wieczna miłość”. Pamiętam, wywarł na mnie spore wrażenie. Oglądałam go kilka, może kilkanaście lat później i niestety – stracił swój urok. To samo spotkało „Volkodava: Ostatniego z rodu Szarych Psów”, czy choćby „Iniemamocnych” . Oczywiście, są filmy, które mogę oglądać wiele, wiele razy. Jednym z nich jest „Henry and June” oh, aż nabrałam ochoty zobaczyć go po raz kolejny. Książkę „Henry and June” również przeczytałam. Wspaniała lektura. Podobnie jak „Kazirodztwo”, „Małe ptaszki” czy „Szpieg w domu miłości”. Od Anais Nin już tylko krok nas dzieli od Henrego Millera („Sexus”, „Plexus”, „Lexus”). Za „Zwrotniki” się zabierałam, ale nie przebrnęłam. W sumie nie wiem dlaczego. Tak samo poddałam się przy „Ulissesie”. Zazwyczaj staram się dobrnąć do końca ksiażki, po którą sięgam, niestety nie zawsze mi się to udaje. Za to bardzo często czytam kilka książek naraz. Obecnie są to głównie poradniki okołoporodowe. A co z powieściami? Hmmm… tak.. mam coś na InkBooku odpalone, ale nie pamiętam tytułu. Zresztą zauważyłam, że odkąd zaprzyjaźniłam się z czytnikiem, mam problemy z tytułami. Papierowa książka stoi na półce, leży na stole, szafce nocnej, czy w domowej czytelni (AKA toaleta) i utrwala się w pamięci. A czytnik – no cóż, mogę nie pamiętać tytułów, za to ma niewątpliwą przewagę nad papierem – mieści zdecydowanie więcej publikacji. Jest lekki, przyjazny w podróży. Choć ostatnio nigdzie się nie podróżuje (cholerny wirus).

Właśnie zajrzałam na stronę główną mia3bit i widzę, że utworzyłam tam zakładkę „For Fun” a w niej miejsce na książki, filmy, seriale, muzykę… niestety jakoś nieaktualizowane są te kategorie.. Oczywiście nie będę obiecywać, że co tydzień wrzucę coś nowego, ale mogę się postarać raz-na-czas skrobnąć kilka słów na temat mojego „ulubionego ***cusia***”.

Aż miałabym ochotę napisać, że tak – teraz to będzie możliwe, bowiem wszyscy mamy kwarantannę i siedzimy w domach na dupach, ja również nie jeżdżę do biura (czytaj: zaoszczędziłam ok 3 godzin ze stania w korkach). Przyznaję, że po ogłoszeniu „self-isolation” miałam wręcz pewność, że wreszcie będę miała więcej czasu, wolnego czasu. Jednak górę wzięła zasada 3xJ (jedna z moich ulubionych: „Jest Jak Jest”). A jest różnie. Miało być dużo więcej wolnego, ale nie ma. PB „zaadaptował” mnie do pracy w swojej firmie – z czym to się je? – Mia codziennie rozkoszuje się rozmowami telefonicznymi, odpisywaniem na maile i rozwiązywaniem problemów innych ludzi. Idzie mi to całkiem sprawnie, choć czasem aż mi głowa pęka od debilizmu kontaktujących się customerów.

W ramach odskoczni od „Monday-Friday long hours at work”, Mia (przypominam: miałam wtedy jeszcze pewność, że będę miała więcej czasu!) postanowiła ruszyć 2 nowe adultowe projekty: MMata i OFka. Projekty ruszyły pełną parą i nastąpiła klęska urodzaju 😉 Nie to, żebym narzekała, bardzo mi miło, że jest tak ogromne zainteresowanie ciężarówką, ale przyznaję – jest to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Czym jest MMat oraz OFek? MMat to majtkomat, a OFek to OnlyFans. Osoby zainteresowane znajdą linki na samym końcu postu (posta?), tak by nie musiały szukać w tekście.

Teraz jednak wróćmy do kształtowania Mii… Muzyczne kształtowanie – tu mam najbardziej pod górkę. Ja po prostu nie jestem muzyczna. Lubię, gdy coś mi, gdzieś tam brzdęka, gra, „leci w tle”.. ale właśnie tak: to ma być w tle. A jeśli to jest co mnie „złapało za ucho” to najczęściej jest to jakiś jeden utwór danego wykonawcy, może jeden album i na tym koniec.

Prócz moich ukochanych „Świetlików” nie potrafię wskazać zespołu/artysty, który byłby bardzo bliski mojemu sercu. Kiedyś – cofnijmy się do lat 90 – owszem – uciekłam z domu, mając nadzieję, że dotrę do (bodaj) Pragi stopem na koncert „Guns N’ Roses”. Nie dotarłam (patrząc z perspektywy czasu: na szczęście). Kiedyś również już prawie udało mi się już siedzieć w samochodzie Pawła Kukiza (tak, tak.. to była moja wielka miłość) ale moja Chrzestna, która organizowała jego koncert, zapanowała nad sytuacją i (ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu) odwiozła mnie do domu.

Wychowałam się słuchając winyli. Wladimir Vysocki. Elvis Presley. Bee Gees. Modern Talking. Paul Anka. Prince. Madonna. Pavarotti. Carreras. Domingo. Sabrina. Michael Jackson. Queen. Abba. Rosiewicz. Sztywny Pal Azji. Obywatel GC. Kurcze, trochę tego było. Rodzice (szczególnie Tatuś) ma słuch. Potrafi również świetnie tańczyć. Zresztą wraz z moją Mamą brał kiedyś udział w zawodach tanecznych. Nawet się w TV pojawili 😉 Rodzice mieli wielką kolekcję winyli. Pomiędzy powyższymi sławami znajdowały się prawdziwe perełki (teraz spojrzymy na kolekcję oczami dziecka). Czerwony Kapturek. Kot w butach. Przygody Koziołka Matołka. Pinokio. Stoliczku Nakryj Się. Nie pamiętam już wszystkiego. Kolekcja zmieniła właściciela, więc pamięci sobie nie odświeżę. Pozostał jednak sentyment. Do dziś lubię sięgnąć na YT po Wysockiego, Obywatela, czy Sztywny Pal (tu mam na myśli zespółl ***wink**)

Myślałam, że nie będę miała o czym pisać w tym poście. A im dalej brnę, tym więcej mi się przypomina.

Może stworzę cykl wpisów „Z przeszłości Mii”. Takie moje wspomnienia, których nikt – prócz mnie najpewniej – nie będzie czytał. W sumie zalatuje mi to pomysłem „otwartego pamiętnika w sieci”. O i kolejna książka, tym razem Wiśniewski „Samotność w sieci”. Obok oczywiście pojawia się od razu Mario Puzo ze swoją „Rodziną Borgiów” a potem… potem to już popłynęłam – cały Puzo połknięty. Genialny pisarz.

Dobra, koniec na tym. Bo wydaje mi się, ze spuszczając wenę ze smyczy, mogłabym tak pisać, pisać i pisać. A przecież mam jeszcze kilka Customów do zrobienia + chciałam wpaść na chwilę relakSU na „kawę” (AKA pokrzywa ze skrzypem – staram się ograniczać kawę do niezbędnego minimum).

Podaję obiecane linki

MMat – Majtkomat.pl/sprzedajace/mia3bit-4612

OF – OnlyFans.com/mia_ada

 

oraz nowy IG Instagram.com/of_mia_ada/

Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić wytrwałych „Czytaczy” do „followingowania” – IG, „subskrybowania” – OF, i  „lajkowania” – MMat.

Od razu jeszcze szepnę słówko, że na MMacie nie ma wszystkiego, co mam „Pre-Made” (brak czasu na utworzenie ofert) – ale jeśli ktoś jest czymś zainteresowany, lub ma jakieś pytania związane z filmikami i zdjęciami „Pre-Made”, czy realnymi itemami (fetyszowe story) – to zapraszam do kontaktu by e-mail: mia3bit@gmail.com

Buziam :*

Mia 🙂