Szczerość w związku – czy to ma sens?

Wszystko, co przeczytacie poniżej, jest totalnym i 100% IMHO, czyli *In My Humble Opinion*. Oczywiście, możecie się nie zgodzić, możecie polemizować, możecie mieć inne zdanie na ten temat, ja to rozumiem i szanuję. Dlatego zaznaczam: ten wpis jest całkowicie IMHO.

Ale-o-co-chodzi? Jaki temat?

Zacznę od tego, że wpis miał się narodzić w nocy – niestety bóle porodowe nie przyszły i finalnie się poddałam, i poszłam spać. Gdy dziś wstawałam, szłam do pracy, gdy już pracowałam, też nie miałam weny twórczej… Dopiero rozmowa SMS-owa z jedną osobą skłoniła mnie, do napisania tych kilku słów.

Temat rzeka: szczerość w związku. Że szczerość ważna jest, wie każdy. To nie podlega dyskusji. Jednak nasuwa się pytanie: czy absolutna szczerość w związku to rzecz pożądana, czy raczej niekoniecznie.

I tutaj można by rzec: „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, a zaraz potem: „kłamstwo ma krótkie nogi, zgrabne, ale krótkie”.

Czy NIEmówienie czegoś, o co NIE było się zapytanym to brak szczerości? Czy przemilczenie czegoś, jest już kłamstwem? Czy lepiej NIE powiedzieć, by nie ranić?

Skąd takie przemyślenia w czwartkowe popołudnie? Otóż jedna osoba napisała, że tak trudno odbudować zaufanie, które zostało utracone. Ja odpisałam, że fakt, jest to trudne, ale nie niemożliwe oraz aby było wykonalne (IMHO), potrzebna jest absolutna szczerość w związku.
Nie lubię pisać SMS-ów. Nie lubię pisać na komórce, messenger w telefonie jest dla mnie do przekazywania najpilniejszych i najistotniejszych informacji (są tacy, którzy wiedzą, co mam na myśli). Co innego klawiatura laptopa. Tutaj palce znajdują przestrzeń, której potrzebują… tutaj mogę nadać kształt moim niewypowiedzianym myślom.
I tak oto przelewam teraz to, co mam w głowie na bloga. Osoba, z którą miałam przyjemność dziś wymienić kilka SMS-ów zostanie poinformowana, że ten wpis się pojawił. Mam nadzieję, że zajrzy tu i przeczyta (Zajrzałeś? Czytasz? Trochę dla Ciebie jest moje IMHO)

Zaczynajmy…

Szczerość absolutna w związku. Będę oczywiście bazowała na swoich doświadczeniach, czyli będzie nie tylko IMHO, ale również IME *In My Experience*.

Doprecyzujmy: Czy od mojego Męża wymagam, by zwierzał mi się ze wszystkiego? Czy wymagam, by wszystko mi mówił? Czy zabraniam mu mieć tajemnice? Czy nie ma prawa do wolności, do przestrzeni osobistej? Czy jestem apodyktyczną i władczą suką, która chce wszystko kontrolować?
Otóż nie… nie jestem apodyktyczną i władczą suką, choć tak, mam silnie zakorzenioną potrzebę kontroli. Nie jest jednak tak, że zabraniam mojemu Mężowi mieć tajemnice. Że ograniczam mu jego wolność, czy zabieram przestrzeń osobistą. Owszem, wymagam 100% szczerości i naprawdę gardzę kłamstwem, ale to w żaden sposób nie koliduje z poszanowaniem granic PB.

Jak to możliwe? Otóż ja i PB rozmawiamy o wszystkim, nie ma tematów tabu. Oczywiście są tematy, które dla mnie lub dla Niego są trudne, ciężkie, niewygodne, jednak niezależnie od tego, jakiego kalibru temat by się pojawił, nigdy nie jest przemilczany, pomijany, zapominany. Jestem wielkim wrogiem tzw.: „zamiatania pod dywan”. Uważam, że lepiej wyciągnąć wszystko na światło dzienne, kolokwialnie mówiąc, wywalić kawę na ławę i bez owijania w bawełnę, wyjaśnić daną kwestię. Oczywiście nie zawsze jest to miłe dla obydwu stron, ale nikt nie mówił, że życie będzie składać się z samych przyjemności a związek to ciągłe trzymanie się za rączkę i „klepanie z aprobatą po główce”.

Mamy również kilka zasad, które staramy się przestrzegać podczas rozmów, szczególnie tych ważnych, dużego kalibru.

  • Podstawową zasadą jest rozmowa „na zimno” zgodnie z założeniem: gdy emocje rosną, inteligencja spada. Ludzie są impulsywni – jedni mniej, inni bardziej – ludzie pozwalają, by emocje nimi rządziły, a w momencie, gdy jest się rozdrażnionym, zawiedzionym, wściekłym, smutnym, zranionym, obrażonym, sfochowanym, itp – nie można skupić się w 100% na merytoryce, na istocie rzeczy, na logicznym i spójnym przedstawieniu faktów, swojego punktu widzenia. Gdy człowiek ulega emocjom, niestety nie może kontrolować tego, CO i w JAKI sposób mówi. A raz wypowiedzianych słów nie można już cofnąć. Dlatego rozmowa „na zimno” jest najważniejszą, według mnie, zasadą, którą każdy powinien próbować wdrożyć w swoje życie.
  • Zasada numer dwa to „stay between the others”. Jeśli to możliwe, chętnie – by wyjaśnić jakąś istotną sprawę – wychodzimy z domu. Idziemy do knajpki, kawiarni, restauracji. Od razu zaznaczę, że podczas takiego wyjście, aż do momentu rozwiązania teamtu – nie ma alkoholu. Kawa, herbata, soczek, sałatka, obiad, kolacja – ok, ale nic, co zawierałoby %. Oczywiście nie zawsze wyjście z domu jest możliwe, ale jeśli jest szansa, na rozmowę w miejscu publicznym – to z niej korzystamy. Najlepiej, gdy jest to miejsce, w którym nie jesteśmy sami. Ludzie to takie społeczne stworzenia. I faktem jest, że przebywanie między innymi zawsze ma wpływ na to, jak ludzie się do siebie odnoszą. Dużo łatwiej można podnieść głos w domu, gdy nikt, prócz partnera, nie słucha. Szybciej można wyjść, trzasnąć drzwiami, gdy świadkiem takiego incydentu będzie tylko partner. Przebywając wśród innych, bardziej kontrolujemy emocje, szczególnie te negatywne, a kontrolowanie (obniżanie) emocji sprzyja konstruktywnej rozmowie.
  • I jeszcze jedna rzecz, równie ważna, jak zasada „na zimno” – zadada „grubej kreski”. Na czym polega? Do raz rozwiązanego tematu NIE wracamy. Rozmawiamy dopóki dana kwestia nie zostanie wyjaśniona, a potem stawiamy grubą krechę i uznajemy temat za zamknięty. Nie ma sensu wracać do tego, co było, bowiem żyjemy Tu i Teraz, a nie w przeszłości. Oczywiście, by gruba krecha mogła się pojawić, dana kwestia musi być w 100% omówiona oraz musi paść potwierdzenie z obu stron, że temat został wyczerpany, że można go zamknąć i do niego nie wracać.

 

A co z tajemnicami? Z przestrzenią osobistą? Z wolnością partnera?

Oczywiście zarówno ja, jak i PB mamy swoją przestrzeń osobistą. OSOBNĄ przestrzeń osobistą, do której partner posiada klucz i ma możliwość wejścia, ale tego nie robi, bo szanuje drugą osobę. Wyjaśnię na przykładzie, co mam na myśli. Poczta elektroniczna. PB ma hasła do moich kont mailowych, ja mam hasła do jego kont mailowych, ale nie szperamy i nie przeglądamy nawzajem swojej poczty. Telefon – ja znam jego pin, on zna mój. I znowu: nie grzebiemy sobie w telefonach. Wyjścia z domu osobno – czasem ja gdzieś wyskoczę, czasem on. Do pubu, na piwo, do kina, na zakupy, na kolację. I nie ma afery. Nie ma przesłuchania: z kim? Po co? Gdzie? Dlaczego? Kiedy wrócisz, itd.? Wyznajemy zasadę: należy zachowywać się tak, by druga osoba NIE MUSIAŁA pytać. Jak to przełożyć na codzienność: jeśli wychodzę – powiedzmy po pracy – z kolegą na drinka, to mówię o tym mojemu Mężowi. A on nie dopytuje, co to za kolega, skąd go znam, czy ktoś inny tez będzie, kiedy wrócę, itd. Nie dopytuje z kilku powodów: po pierwsze ma do mnie pełne zaufanie, a po drugie – nie musi, ja mu mówię, ZANIM takie pytania mogłyby się pojawić. I tak samo to działa w drugą stronę.

Oczywiście, czasem pojawiają się sytuacje, gdy ja, lub mój Mąż nie chcemy rozmawiać na jakiś temat. Wtedy szczerze mówimy, że nie teraz. Nie w tym momencie. Że na chwilę obecną nie chcemy zajmować stanowiska, wypowiadać się, poruszać danej kwestii. W takich sytuacjach zawsze staramy się określić, KIEDY będziemy mogli wrócić do tematu. Zachowujemy się w ten sposób przez szacunek do drugiej osoby. Dlatego, że zależy nam na naszym małżeństwie, a doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że zamiatanie niewygodnych tematów pod dywan, brak szczerości i komunikacji, to najszybsza droga do rozstania.

I finalnie: jeśli pojawiają się okoliczności, które sprawiają, że nie możemy sami sobie z nimi poradzić, to udajemy się po pomoc do osoby z zewnątrz, do specjalisty, nie do koleżanki czy kolegi, a do psychologa, terapeuty. Świeże, nieoceniające oraz nieobarczone emocjami, spojrzenie z zewnątrz na daną sytuację, potrafi naprawdę wiele wyjaśnić i rozwiązać niejeden problem.

I nie, nie jesteśmy związkiem idealnym. Zdarza się, że mamy odmienne poglądy, inne priorytety. Zdarzyło nam się nawet pokłócić (i to już kilka razy), podnieść głos w emocjach. Zdarzyło nam się mieć „ciche dni”. Zdarzyło nam się kochać „na zgodę” (wspaniały seks, jednak nadużywany może okazać się bardzo niezdrowy dla relacji). Jesteśmy normalnym związkiem z normalnymi problemami. Jesteśmy małżeństwem, jakich wiele. Jednak w tym byciu normalnym związkiem, normalnym małżeństwem, pamiętamy o sobie, jako o jednostkach, które ten związek tworzą. Pamiętamy o swojej odmienności i szanujemy tę odmienność. Pamiętamy o swoich granicach i staramy się je respektować i przestrzegać. Pamiętamy o oczekiwaniach partnera i staramy się im sprostać. Nie za wszelką cenę, nie kosztem siebie, ale tak, by zarówno „wilk był syty, jak i owca cała”. Rozmawiamy ze sobą. Doprecyzowujemy tematy. Mówimy o swoich pragnieniach, obawach, marzeniach. I najważniejsze: słuchamy tego, co druga osoba ma do powiedzenia.

Wracając do meritum i podsumowując: nie mówienieIMHOjest kłamstwem, ale zmuszanie kogoś do mówieniaIMHOjest brakiem szacunku. W związkuIMHOpowinna obowiązywać absolutna szczerość, ale taka, która będzie pozwalała na zachowanie przestrzeni i wolności osobistej. My staramy się żyć zgodnie z założeniem: rób tak, bym nie musiał/nie musiała pytać. U nas to się sprawdza.

Mam nadzieję, że osoba, z którą dziś SMS-owałam, dotarła do końca, i że moje zasady zawarte w tym wpisie, przyczynią się, choć odrobinę, do odbudowywania utraconego zaufania. Powodzenia.